Łobez Arena – Relacja

W Łobez Arenie pokładałem pewne nadzieje. O ile w HSa gram już od jakiegoś czasu, to jednak brakowało mi czegoś, żeby poczuć że wróciłem do kart w pełni. Może wzięło się to stąd , że granie w WoW TCG parę lat temu wiązało się z dużą ilością wyjazdów. Czasami jako gracz, czasami jako sędzia, jednak za każdym razem oznaczało to masę fenomenalnych ludzi spotkanych podczas takiego turnieju. To ludzie tworzą atmosferę karcianki. W Hearthstone kontakty z przeciwnikami ograniczone są do minimum (co jest także sporym plusem, ponieważ przez internet gracze są dużo bardziej agresywni oraz ekspresywni), co trochę zmienia postrzeganie gry. Na szczęście takie turnieje jak ten w Zachodniopomorskim przypomniały mi dlaczego w głębi serca nie mogłem się doczekać kolejnych wyjazdów na karty. No i że muszę jeździć jak najwięcej, choć to jest także kwestia budżetu.

Już sam początek był dość interesujący. Nasz nocleg znajdował się 10 km od miejsca turnieju i tak naprawdę było to gospodarstwo agroturystyczne znajdujące się w szczerym polu. Jechanie wąską drogą w środku nocy, widząc jak mgła powoli zasnuwa kolejne połacie terenu nie jest zbyt radosne. Klimatyczne – bardzo. Ale nie radosne, zwłaszcza nie mając zielonego pojęcia gdzie dokładnie znajduje się nasz punkt docelowy. Po wielu telefonach jakoś udało nam się dotrzeć. Bez strat własnych, ani znaków „Silent Hill wita”, co momentami było już brane pod uwagę. Choć wszyscy byliśmy zmęczeni podróżą, a także w wielu przypadkach, kilkoma godzinami pracy tuż przed nią, nikt nie zamierzał kłaść się spać. Ludzie gadali, zapoznawali się, żartowali. Znajomości z lokatorami innych pokoi zawiązywały się bardzo szybko. Wyjazd można było już w tamtym momencie zaliczyć do udanych, choć tak naprawdę się jeszcze nie zaczął. Muszę przyznać, że społeczność Hearthstone jest bardzo przyjazna.

DSC_0136

Gnimsh postanowił potrollować trochę przed samym turniejem i zaczął grać w alphę Heroes of the Storm.

W końcu jednak nadszedł dzień turnieju. Planowo wszystko miało się rozpocząć o godzinie 10, jednak doszło do drobnych opóźnień. Na usprawiedliwienie organizatorów powiem tylko, że nie kojarzę turniejów karcianych ruszających idealnie o planowanej godzinie, a tutaj jeszcze była masa sprzętu komputerowego oraz relacje do ogarnięcia. Do tego dochodził fakt, że organizowali wszystko po raz pierwszy. Co jak co, ale Sztorm razem ze swoją ekipą odwalili kawał dobrej roboty, zwłaszcza że to ich pierwsza tego typu impreza.

Większość stolików znajdowała się pod ścianą zostawiając sporo miejsca dla przechodniów i widzów.

Większość stolików znajdowała się pod ścianą zostawiając sporo miejsca dla przechodniów i widzów.

W przeciwieństwie do kończącego się już mundialu, sam turniej był rozgrywany całymi grupami naraz. I tak najpierw leciały ekipy A-D, więc miałem chwilę przerwy spędzonej na radosnym obijaniu się połączonym ze zwiedzaniem. Muszę przyznać, że jak na imprezę odbywającą się w miejscowości o której nigdy wcześniej nie słyszałem (zaledwie 10 tysięcy mieszkańców), było naprawdę profesjonalnie. Masa ekranów pozwalała widzom podziwiać nawet kilka rozgrywek jednocześnie. Bardzo szybko odkryty został jeden problem – budynek nie miał klimatyzacji. Stanowisko Hearthstone znajdowało się na podwyższeniu, co doprowadziło do stworzenia otwartej sauny w tamtym miejscu. Do teraz mnie zastanawia jak można stworzyć halę takich rozmiarów bez jakiejkolwiek opcji wentylacji, no ale cóż. Nic nie można już było na to poradzić. W końcu przyszedł czas na moje mecze.

DSC_0145

Po rozegranej rundzie wychodziły emocje. Końcem końców jednak to Theo (w niebieskiej koszulce) się cieszył, a Haze Giant  odpadł w fazie grupowej.

Nie czułem się zbyt pewnie – tak naprawdę miałem niezgorzej ogranego druida na tokenach, kontrolnego warriora własnej roboty, którego przetestowałem tyle co nic (ale dawał radę) oraz archaicznego ZOO locka.

Na dzień dobry przyszło mi walczyć z Sircomem i już moja pierwsza gra (warrior vs druid) pokazała mi, że przeprawa będzie ciężka. Jego token druid ściągnął w pewnym momencie mojego warriora do 1 hp samemu znajdując się na 29 (+2 armora). Na szczęście na ręce miałem już od jakiegoś czasu Alexstraszę, która pozwoliła mi się wydźwignąć i sięgnąć pod zwycięstwo. Druga gra niestety skończyła się klęską, zaś w trzeciej mój tokeniarz stanął na wysokości zadania. Turniej rozpocząłem od wygranej.
Nastepnie przyszło mi walczyć z Voj4kiem. Tutaj także otworzyłem warriorem, który niestety został dość brutalnie zniszczony. Na szczęście znowu uratował mnie Token druid. W drugiej grze, przeciw jego kontrolnemu hunterowi mój harvest golem odstawił pełne commando najpierw połykając freezing trap, a następnie snipe. Mimo efektu zaskoczenia, które przeciwnik stworzył niestandardową talią udało mi się zwyciężyć. I tak z wynikiem 2:0 (2:1, 2:1 w małych) wyszedłem z grupy na pierwszym miejscu. Okazało się, że tak samo udało się Erothowi oraz Theowi – dwóm innym graczom z Wrocławia. Haze Giant, którego wrzuciło do grupy z Theo niestety odpadł.
Nastepnie nadszedł czas rozegrania top16 dnia pierwszego. Tutaj trafiłem na Sachiego. Tutaj w pewnym momencie doszło do sytuacji podbramkowej. U przeciwnika 4 moby na stole i bohater na 7 hp. U mnie na ręce Ragnaros. Niestety nie trafił tam gdzie miał trafić, zaś druid nie stanął już na wysokości zadania i spadłem do loser bracketu.
Tam spotkałem starego znajomego z karcianki, który w HSie posługuje się nickiem „Pozmywam”. Jego miracle bezlitośnie przewiózł zarówno Warriora jak i Druida i w ten sposób odpadłem z turnieju.

Na szczęście tego typu imprezy mają dużo ciekawych rzeczy do zaproponowania, więc nie przejąłem się zbytnio rezultatem. Zdawałem sobie sprawę, że nie przygotowałem się jak należy, a do tego brakowało mi ogrania. Postanowiłem przygotować się porządniej następnym razem.
Plusem tak wczesnego odpadnięcia była możliwość sfotografowania cosplayu, który odbywał się na scenie głównej. Powiem szczerze – poziom był niesamowicie wysoki, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to nie była nawet międzynarodowa impreza. Widać, że dziewczyny włożyły masę roboty w swoją pracę. Szkoda tylko, że znajdowałem się tak daleko, co w połączeniu z często nikłym oświetleniem (co jest zrozumiałe) bardzo utrudniało mi sesję.

DSC_0203

Akcent Blizzardowy na cosplayu, z bardzo ładnie wykorzystanym żartem sięgającym jeszcze czasów Warcrafta 3.

Wszystkie Cosplayerki na sam koniec konkursu. Jak widać dziewczyny (jedynym potencjalnym facetem była osoba w kostiumie Zeda) zaprezentowały naprawdę wysoki poziom.

W międzyczasie załapałem się jeszcze na komentatorkę meczy, gdzie bardzo szybko zostałem uznany za Polskiego Boba (Głównie chyba ze względu na rozmiar). Nie miałem czarnych okularów przy sobie, ktoś jednak miał ciemne zerówki, które byłem w stanie nałożyć na moje korekcyjne. Tak swoją drogą bardzo ciekawym oraz odważnym posunięciem było dopuszczenie do streamu innych ludzi, co z jednej strony było ryzykowne jeśli chodzi o utrzymanie poziomu komentarzy (nie wiadomo jak kto się spisze), a z drugiej było dla samych komentatorów (nowych jak i starych) na pewno ciekawym doświadczeniem. Końcem końców chyba wyszło to bardzo pozytywnie. Ja na pewno byłem zadowolony i być może dzięki temu zacznę sam streamować. Choć najpierw chyba wypada zacząć lepiej grać. No nic, zobaczymy.

Po zakończeniu turnieju wróciliśmy do naszych mieszkań, gdzie momentalnie rozpoczęła się radosna impreza. Udało się zdobyć całkiem sporego grilla, część ludzi zaczęła oglądać mecz . Nie ma tutaj co opisywać – takie spotkania są równie ważnym elementem wyjazdu co same gry i trzeba w tym wziąć udział, aby zrozumieć dlaczego.

W ostatni dzień turnieju odbył się poboczny turniej – kominek. Tam spotkałem Sachiego, na którym niestety nie udało się pomścić mojej poprzedniej przegranej. Ponieważ tym razem było to single elimination, to znowu miałem sporo czasu wolnego. Uzbrojony tym razem w swoje okulary przeciwsłoneczne ruszyłem w kierunku stanowiska komentatorskiego. Tam siedziałem z przerwami aż do godziny 17:00, gdy to Eroth stwierdził, że trzeba wracać do Wrocławia, jeśli chcemy o ludzkiej porze położyć się spać (część z nas pracowała następnego dnia). Jak na złość komentowałem wtedy mecz o trzecie miejsce, ale samodzielny powrót do domu nie uśmiechał mi się zbytnio, więc musiałem porzucić stanowisko. Pożegnałem się ze wszystkimi i razem z resztą wrocławskiej ekipy ruszyliśmy do domu.

Impreza była jak najbardziej na plus. Zorganizowana profesjonalnie przez ekipę Hearthcore dowodzoną przez Sztorma pozwoliła mi przypomnieć sobie co tak bardzo lubię w hobbystyczno-karciankowych imprezach. Jestem pewien, że to nie ostatnia impreza tego typu zorganizowana przez tą ekipę i liczę, że pojawię się na kolejnych jak tylko terminy pozwolą. Mam jednak cichą nadzieję, że będzie ona trochę bliżej niż tym razem.

Eerion

Author: Eerion

Share This Post On

11 komentarzy

  1. QUOTE

    Najs. Bardzo fajna relacja.
    
    Biorąc pod uwagę charakter newsa, przydałaby się informacja o autorze.

    Eerion jest pierwszym autorem piszącym pod własnym nickiem, zmajstrujemy jakieś fajne autor-bio :)

  2. Bardzo dobry artykuł. Przeczytałem od początku do końca co rzadko się zdarza. Jedynym minusem jest rzeczywiście brak jakichkolwiek informacji o autorze :P

  3. Nie miałem na myśli biografii, ale jak chcecie ja pisać to spoko, w sumie bio w takim wypadku się przyda, chętnie poczytam ^^

    Chodziło mi natomiast o to, że relacja jest napisana z perspektywy autora (jego oczami), a nie wiadomo kim on jest. W sensie – news nie jest podpisany. Chyba, że na Łobez Arena był Hearthstone aka Wściekły kurczak.

  4. ja też jestem z Wrocławia :) i doszedłem z naszych najdalej. Fajna relacja Eerion, szczerze to bałem się z Tobą grać, nie ogarniam Twojego Zoolocka którym miażdżyłeś na kominku.

  5. QUOTE

    ja też jestem z Wrocławia :) i doszedłem z naszych najdalej. Fajna relacja Eerion, szczerze to bałem się z Tobą grać, nie ogarniam Twojego Zoolocka którym miażdżyłeś na kominku.

    Haha faktycznie, przecież nawet gadaliśmy o powrocie :D.
    Z jakiegoś powodu patrzyłem tylko przez pryzmat ekipy z którą jechałem samochodem.

    Później zobaczę, czy da się jakoś info o tym wcisnąć.
    I jak teraz myślę, to może trzeba było bardziej mojemu ZOO zaufać, mimo że było dość archaiczne?

  6. Fajnie się to czytało :)
    Oby więcej takich relacji, ale kto to do cholery jest Bob? :) Bo jestem nie w temacie :)

Submit a Comment